Tryptyk okołoporodowy vol 2- Ciało kobiety

Część druga tryptyku jest w pewnym sensie fikcją literacką. Stworzyłam bohaterkę nieco odleglejszą od siebie samej na potrzeby tego opowiadania. Użyłam faktów z własnego życia, ale przesadziłam w interpretacji wewnętrznego dramatu bohaterki. Chciałam, żeby było bardziej sensacyjnie.

„Ratunku, co się stało z moim ciałem?!?!” mam ochotę krzyczeć do kosmosu za każdym razem, kiedy spojrzę w lustro. „Jestem taka gruba.” „Przecież tydzień temu urodziłaś“ mówi mi „zdrowy rozsądek“ mój mąż. Kochany jest. Wiem, ale nie cierpię tak wygladać.
Podobno kobiety w ciąży są bardzo sexy. Może do szóstego- siódmego miesiąca - potem są wielorybami z dzieckiem w środku. Ale wtedy być wielorybem jeszcze przystoi, natomiast po wyjęciu dzidzi z brzucha - już nieeeeee! Położne środowiskowe mówią, że zdrowa norma przy karmieniu piersią to w pierwszym tygodniu po porodzie utrata 8 kg potem przez kolejne trzy tygodnie kolejny kilogram i co miesiac kilogram. Ratunku!!! Ja nie mam tyle czasu. Po poprzedniej ciąży co prawda wróciłam do swojej figury, ale to trwało prawie rok. Teraz mam 14 kg do zrzucenia i świadomość, że rok to za długo. Muszę dobrze wyglądać już we wrześniu. A najlepiej jutro albo wczoraj. Tak wygląda wolna chwila w mojej głowie. Zagryzam ciastkiem. Wpadnę w chorobę psychiczną myśląc w ten sposób. I na pewno nie schudnę.
Aktorki nie mają czasu połogu . Aktorka – gwiazda musi wyglądać świetnie zawsze.
A jeśli nie, to nie ma dla niej litości świat internetowych psów wieszania. Ja nie jestem na to gotowa. Moją psychikę zaprząta teraz próba pogodzenia karmienia piersią z próbą uchwycenia spadającego z łóżka dziecka, które w najlepsze po nim skacze, albo włazi po schodach, albo krzyczy „mama nie” kiedy wychodzę z jego pokoju, żeby zająć się drugim dzieckiem. Jak dać im obu tyle miłości, żeby żadne nie czuło się odtrącone - tym się zajmuję na codzień i nieźle mi idzie. A ciało nie dość, że szpetne, to bolesne. Głęboki oddech, relax. To minie. Zaakceptuj siebie, pokochaj siebie. Niezła lekcja pokory. Nie mogę się odchudzać, bo karmię, nie moge ćwiczyć, bo po cesarce. Naprawdę potężny trening umysłu: jak to przetrwać?

Ja już to wszystko przechodzę drugi raz, więc nie panikuję, tylko jestem tym razem bardzo niecierpliwa. Wiem, że to jest taki czas i że teraz co innego jest ważne i to bardzo szybko minie. Aleee wszystko byłoby inaczej gdyby nie to, że jestem „gwiazdą”. A to zobowiązuje. Bo już tu na mojej ulicy, tuż przed klatką stoją z aparatami i czyhaja. Nie daję sobie przyzwolenia na mazgajstwo. Wiem, że mam moc. Powtarzam to sobie w kółko, ale hormony poporodowe dają się we znaki i chce mi się wyć. Dlaczego? Bo nie mam prawa do tego, żeby wyglądać jak wszystkie kobiety po porodzie. Bo jestem aktorką i powinnam wyglądać świetnie i być super ubrana przede wszystkim. „Dajcie mi jeszcze pożyć chwilę“ mówię do pana, który robi mi zdjęcie podczas pierwszego spaceru, kiedy wyglądam jak swoja ciotka i wychodzę bez makijażu. Wracam do dom, patrzę w lustro i mówię: “Nie popełnię jeszcze raz tego błędu. Nie wyjde bez makijażu. Nie łudź się - makijaż wiele nie zmieni. Tu chodzi o całokształt... Może nie wychodzić...? Nie, nie dam się zamknąć we własnym domu jak w celi. Tylko w co tu się burać? Są różne figury i triki jak ukryć mankamenty figury. Ale nie ma takiej figury: matka karmiąca tydzień po cesarce. Nie ma takiego triku. We wszytkim wyglądam fatalnie. Może powinnam siedzieć w domu, dopóki nie schudnę, to się nie narażę na komentarze. W innym stanie jestem na to odporna, ale teraz...” Moja siostra opowiadała mi o znajomej, która dwa dni po powrocie ze szpitala skoczyła z okna. Szok poporodowy. Ale nie aktorki. Aktorki są sexi mamami i chodzą na piętnastocentymetrowych obcasach z półrocznym dzieckiem pod pachą. Można? Można, ale za pół roku. Nie teraz. No właśnie - nie ma litości. Nie umiem się w tym odnaleźć. Kolejne wyzwanie. Podołam. Muszę.
W poprzedniej ciąży przerabiałam już temat. Tuż przed porodem dostałam smsa z numeru, którego nie znałam z zapytaniem jak się czuję i czy już urodziłam „Pozdrawiam, Kasia Zielińska”. A to było chwilę po „Listach do M.”, gdzie grała Kasia, ale ja nie brałam jej numeru. „Może to ona?” pomyślałam, znam jeszcze jedną Kasię Zielińską, ale to nie ta. Odpisałam, potem kolejny sms „To wyślij mi zdjęcie jak urodzisz”. I jeszcze kolejny: przypomnij mi -gdzie wy mieszkacie? To już wydało mi się podejrzane. Dałam znać policji. Nie odnaleźliśmy właściciela tego numeru. Tym razem wiedziałam już, co mnie czeka. Dlatego może się tak na to wkurzam.
Kiedy byłam w szpitalu już dostałam smsy z zapytaniem jak się mam i czy urodziłam. Tym razem jawnie od znajomej z redakcji z pewnego kolorowego magazynu szukającego świeżej krwi. Przetrzymałam ją trochę w niepewności, po to, by spokojnie wyjść ze szpitala nie myśląc, że może już pod bramą czyhają paparazzi. Udało się. Choć przez chwilę złapałam się na tym, że kiedy panie sprzątające zapytały mnie kiedy wychodzę i ja spontanicznie odpowiedziałam im „ w piątek“, ugryzłam się w język i kiedy po raz kolejny przyszły do mojego pokoju pod pretekstem wytarcia podłogi z kolejną swoją koelżanką, pokazujac jak świetnie nam się razem rozmawia i jakie mam piękne dziecko, powiedziałam, że jednak wychodzę w sobotę.
Wyszłam w piątek, cała i w tajemnicy. W poniedziałek już wszyscy wiedzieli. Pan był pod moim domem. We wtorek wieści w necie. Urodziłam. Wiedzą nawet jak ma na imię moja Jadzia.
No dobrze. Trudno. Ale nie ma jeszcze zdjęć. Może będą łaskawi i mnie oszczędzą, a może czekają na lepsze.
W co tu się burać... jest patent. Męska koszula i na te moje opuchnięte biodra założę czarną mini i jakoś to opędzę. No i masz... Kolejnego dnia na pomponie: „Gąsiorowska wyszła na spacer i była tak zajęta niemowlakiem, że zapomínała spódnicy”. Dobre...
No to przynajmniej nie napisali, że jestem gruba...
Czytam dalej komentarze... jednak napisali...
Trwa ładowanie komentarzy...