Tryptyk okołoporodowy - Wakacje w Maroko

Zanim zostałam matką myślałam, że kiedy już nią bedę, nie chcę zaliczać się do grona tych nawijających w kółko o zupkach i kupkach, i na szczęście udało mi się tego uniknąć. Jest jednak kilka historii okołoporodowych,  którymi chcę się podzielić. Bo przecież bycie matką–aktorką to nie tylko bycie matką. Bycie "gwiazdą" obliguje ;). Nawet w takiej sytuacji, jak poród czy czas połogu.

Postanowiłam, że napiszę tryptyk dotyczący moich przeżyć z ostatních dwóch tygodni. Oto pierwsza część:

„Wakacje w Maroko“
Poprzedni poród miałam finalnie przez cesarskie cięcie - po ośmiu godzinach prób urodzenia w sposób naturalny. Byłam zmęczona, dziecko zagrożone. Postanowili ciąć. Okazało się, że pępowina za krótka. Oboje - i ja i Klimek - w czasach kamienia łupanego zginęlibyśmy. Cud medycyny darował nam życie.
Kolejny poród: ułożenie miednicowe, wskazanie do cięcia. Tym razem ustawiona data i nastawienie na operację. Dziwne uczucie. Umawiasz się na wyjmowanie dziecka z brzucha.
Znieczulenie powoduje, że nie boli, ale czujesz dotyk. Rozwierają połacie brzucha, wyjmują z nich dziecko, w dodatku ono na początku nie płacze. Potem już pierwszy krzyk, wzruszenie, całuski. Tata za szybą, po raz kolejny widział moje wnętrzności i nie zemdlał. Zuch.

Ale nie o tym. To wszystko odbywało się w przyjemnej atmosferze i w poczuciu bezpieczeństwa. Ja nie jestem w takich sytuacjach nerwowa, w ogóle mało się denerwuję, skoro i tak mam mało wpływu na sytuację. Wiele krwi straciłam, ale wszystko się udało. Potrafię wiele zaakceptować i nie jestem z tych, co obnoszą się z tematem kim to ja nie jestem, w stylu: płacę to wymagam. Ale... pomimo tego ,że pokój miałam wcześniej zamówiony taki, za który się płaci (i to grubą kasę) nie było go dla mnie, bo akurat ktoś z rodziny szefa rodził. Rozumiem. Poczekam. I tak podłączona do morfiny przeleżeć muszę swoje 12 godzin w pokoju z innymi trzema paniami. Nastepnego dnia był już wolny „pokój o podwyższonym standardzie“ i tu zaczyna się przygoda: czajnik - owszem jest, ale popsuty ma włącznik i musisz przy nim stać i trzymać, dopóki woda się nie zagotuje…
Po cesarce wiele kobiet dokarmia dzieci w pierwszych dobach sztucznym mlekiem. W nocy wstań i z płaczącym dzieckiem stój i czekaj przy czajniku. Cudnie. Toaleta co prawda jest osobna, ale na dwa pokoje, woda brązowa z rur leci brązowa i zimna przez pierwszych kilka minut, prysznic ma niesprawny uchwyt. Musisz trzymać słuchawkę prysznica cały czas w ręku. Spróbowałam ją przez chwilę umiejscowić w uchwycie, spadła na mnie, a w odruchu bardzo spięłam mięśnie. Bolało.
Papier toaletowy i ręczniki uzupełniane sporadycznie, a wody z podłogi nie ma czym zetrzeć, więc rzucam na podłogę papierowe ręczniki i schylam się dłuuuugo, bo nie chcę, żeby pani sąsiadka z pokoju o swoim podwyższonym standardzie pomyślała, że jestem jak to moja siostra mówi „księżniczka chlapiczka“ i co gorsza - nie pośliznęła się i krzywdy sobie nie zrobiła. A schylić się jest naprawdę ciężko w takim stanie.

Jedzenie to kolejny rozdział na medal. "Nie jem mięsa" mówię do Pani, która roznosi jedzenie. Ona na to "to położną trzeba poinformować". Zrobiłam to. Kolejnego dnia mięso na śniadanie. Jeszcze raz poprosiłam, pani wróciła z twarożkiem. Na obiad znowu było mięso. Pani powiedziała, że wie, że dyspozycja poszła do kuchni, ale nie przysłali nic oprócz standardowego jedzenia. Przeprosiła, zabrała potrawkęz kurczaka i kazała czekać. Po pół godziny przyniosła mi danie, które wyglądało jakby mrożone brokuły wrzucić do garnka i po wyjęciu wymieszać z mąką i jajkiem. To, że bez smaku - to nic, ale ja po operacji drugi dzień, a moja Jadzia - karmiona przecież piersią! - umarłaby z bólu brzucha. Na kolację kolejna mrożonka. Tym razem petarda: brokuły, kalafior, papryka, kukurydza... nie mam pytań. Dieta dla matek karmiacych serwowana przez NFZ. Spędziłam tam trzy doby razem z mężem i naszą  Jadzią. Bardzo byliśmy mile traktowani przez personel i przez lekarzy. Tu nie mogę się przyczepić, na szczęście. Zresztą gdyby było inaczej, nie rodziłabym drugi raz w tym samym miejscu.
Z ulgą wychodziłam z tej celi o podwyższonym standardzie. I naprawdę nie narzekałabym, gdybym za to zapłaciła 300, nawet 500 złotych, ale mnie to kosztowało 1380 zł za trzy doby. Na co idą te pieniądze?

Czyli koszt tygodniowego wyjazdu dla jednej osoby do Maroko.
Byliśmy tam z mężem w podróży poślubnej. Podobne wrażenia jeśi chodzi o standard, tylko tam widoki i egzotyka miejsca wiele rekompensują. Tu natomiast zrzucam moje niezadowolenie na hormony i chwiejną psychikę kobiety po porodzie. Nie mam wyjścia. Płacę i cieszę się, że mnie na to stać, bo przecież inaczej siedziałabym z przynajmniej jedną a może i z dwoma innymi paniami z dzieckiem i z laktatorem i rozdawała autografy odwiedzającym je teściowym z obnażonymi piersiami pełnymi mleka. Bardzo jesteśmy dzielne my kobiety, że to wszystko znosimy. A potem do domu, do roboty. I uśmiechać się, uśmiechać się i akceptować to, co nas spotyka i dzielną być i przykład dzieciom dawać i chudnąć - i to szybko! - bo trzeba jeszcze dobrze wyglądać, nie tylko się uśmiechać. Ale o tym więcej w części drugiej .
Trwa ładowanie komentarzy...